Dzień z życia orka
2011-10-29 19:15:57
Bitwa.
Chociaż nie, w bitwie biorą udział doświadczeni wojownicy, szkoleni do takich
sytuacji. W bitwie są dowódcy, którzy mogą zapanować nad nierozgarniętym
tłumem. To, co się tego dnia działo można nazwać tylko totalną rozpierduchą. A
rano nic na to nie wskazywało, ten dzień zaczął się tak pięknie.
Jak
co rano poszedłem do swojego kumpla, który mieszka w szałasie blisko mojego, no
dobra, naprzeciwko. Wchodzę a ten jak zwykle poleruje kły.
-
Czy jest coś, o czym nie wiem? – Spytałem.
-
Wyruchałem ci matke, ale o tym chyba wiesz. – Psi syn był taki jak zawsze:
arogancki, kłamliwy i zbyt pewny siebie. – Ale chyba nie wiesz, że nijaki
Admirał Psiarzyć ma się zjawić z listem, który ma podziałać na nas
mobilizująco.
-
Jaja se robisz?! Skąd miałbyś to niby wiedzieć?
- Widzisz jak się jest Gwiezdnym Ruchaczem to odpowiednie kobiety same wskakują
ci do łóżka.
-
Przecież ty nie masz łóżka. Nie stać cię na nie. A tak poza tym to po tych
suplach, które kupiłeś od przydrożnego znachora nie jesteś już Gwiezdnym
Ruchaczem tylko Pierdolonym Impotentem.
-
Może i tak, ale renoma jest i bicek też jest.
-
Kosztem chuja. Świetna wymiana.
Pewnie
gadalibyśmy sobie tak cały dzień, ale zjawił się ON. Najbardziej wnerwiający
dowódca orków, jakiego kochana Matka Ziemia nosi. A imię jego Ordrak Zdobywca,
przez większość nazywanym Admirałem Psiąrzycią (nie pytajcie dlaczego).
-
Trom’ka wojownicy. – Cwaniaczek naśladuje Thralla, jakby coś mu to dało. – Mam
dla was dwa listy: jeden od wodza Garrosha rozsyłany do wszystkich wojowników
na Kalimdorze, a drugi od twojego ojca Gro'mardzie.
-
Od mojego papcia? – Spytałem zdumiony – Przecież on nie umie pisać.
-
Nie pomyślałeś, że mógł kazać zapisywać wszystko twojej matce? – Dar’kan jak
zwykle wykazał się trzeźwością umysłu godną siebie samego na prochach.
-
Ona nie żyje od czterech lat, deklu.
-
Nie ważne jak list został napisany miał trafić do ciebie i trafił.- Ordrak jak
zwykle wiedział, kiedy się wtrącić w rozmowę.
-
Jasne. Dostarczyłeś listy, więc możesz spadać. – Oto kolejny przykład rozumu
mojego kumpla.
-
Argh! Ciesz się, że nie jestem twoim przełożonym inaczej już byś był biczowany.
– Widać było, że Ordrak się ciut wnerwił. Na całe szczęście „kochany Admirałek”
zachował odrobinę rozumu i wyszedł.
Zapanowała
niezręczna cisza.
-
Dobra to ja czytam list od papcia, a ty ten mobilizujący. – Zaproponowałem.
-
Jestem za.
Ten
list był najdziwniejszym listem, jaki dostałem od mojego papcia. Brzmiał on
mniej więcej tak:
„Pozdrowienia synu!
Zapewne zastanawiasz się jak napisałem ten
list. Otóż muszę ci się pochwalić, że wstąpiłem na drogę szamanizmu i pewnymi
przekrętami dorobiłem się niezłej kasy. Uprzedzając twoje pytanie, odpowiadam,
że wcale nie wziąłem lekcji pisania. Ja po prostu kupiłem sobie murzyna, który wszystko
za mnie pisze (powiem ci, że taki murzyn to bardzo fajna rzecz).Ale ja nie o
tym. Otóż sprawy mają się tak: miałem dosyć niepokojącą wizję. Podczas rozmowy
z duchami odebrałem przekaz dotyczący w dużej mierze ciebie, synu. Wizja ta
była zapowiedzią wielkich zmian w życiu twoim i osób z tobą powiązanych. Nie wiem,
o jakie zmiany chodzi dokładnie, ale gdy tylko dowiem się więcej dam ci znać.
Mam nadzieję, że, dla odmiany, będą to zmiany na lepsze. Byłbym zapomniał,
unikaj wody jak ognia. Znaczy po prostu jej unikaj. Znaczy wody, nie ognia.”
I
w ten oto sposób dowiedziałem się, że mój papcio zdurniał do reszty.
-
Zapowiada się ciekawy dzień. – Powiedział Dar’kan.
-
Po czym to wnioskujesz?
-
Przeczytaj list, to się dowiesz.
List,
jak się przekonałem, nie był zwykłym listem mobilizującym, jaki jest rozsyłany
w takich sytuacjach. Pierwsze, co rzucało się w oczy był własnoręczny podpis Garrosha.
Pisał on, że dzisiaj w miejscu, gdzie rozbiliśmy coś, co można nazwać obozem, odbędzie
się bitwa między ludźmi a orkami. W związku z tym wydarzeniem mamy do wyboru
dwie opcje: albo usuniemy się z miejsca bitwy, albo przyłączymy się do orków.
-
Dar’kan, masz ochotę na małą naparzankę?
-
A masz chociaż zbroję?
-
A mam.
-
Więc nie widzę powodu żeby się trochę nie rozruszać.
Po
tym przenieśliśmy obóz na północne wzgórza. Tam całe przedpołudnie upłynęło nam
na przygotowaniach do bitwy, czyli na czyszczeniu i polerowaniu kłów, zbroi i toporów
oraz na budowaniu motywacji na całą bitwę. Gdy już wszystko lśniło, pojawił się
Ordrak wraz z armią Hordy. Ordrak miał być dowódcą w tej bitwie. Tak, wiem
pisałem, że w tej bitwie niebyło dowódców, ale wszystko zaraz się wyjaśni. Otóż
bitwa z Przymierzem zaczęła się jak każda inna bitwa z Przymierzem, czyli
największy pechowiec i frajer w całym oddziale dostępuje wielkiego „zaszczytu”
zostania heroldem, wpada do naszego obozu i zaczyna wygadywać bzdury o paktach,
ugodach i możliwości życia w harmonii. I, jak to zawsze, jego przemowa kończy
się w momencie, gdy ktoś nie wytrzymał i skrócił czopa o głowę. To było
oficjalne rozpoczęcie bitwy. Oczywiście głowa posłańca została dobrze
wykorzystana, wilczy jeździec rzucił nią w środek armii wroga, to standardowy
manewr obniżający morale armii. I wtedy stało się coś, co zawsze dzieje się z
Ordrakiem, tyle, że zawsze inaczej. Oto on Ordrak, nasz dowódca, siedzi dumny
na swoim wilku, spogląda na pole bitwy mądrym spojrzeniem, a tuż za nim gnom z
maczugą większą od siebie. I zgadnijcie, co się stało. Tak, Ordrak dostał w łeb
maczugą, a gnom został posiekany na filety. Gdyby nie to, że filety zostały
zadeptane w szale bitewnym to byłaby niezła wyżerka. Na nieszczęście dla ludzi
Ordrak był naszym jedynym dowódcą. To znaczy, że, gdy dostał w łeb i stracił
przytomność, rozochocona Horda rzuciła się do szaleńczego ataku. To było
niesamowite. Latające członki. Fontanny krwi. Warlające się flaki, wątroby,
żołądki. Zero organizacji, totalna samowolka. I, niestety, nasz brak
organizacji dał się we znaki. Przymierze zaczęło nas spychać. Zapewne
przegralibyśmy tę bitwę, ale nagle…
-
Odwrót! Na wzgórza! Tam się przegrupujemy! – Nawet nie wiedziałem kiedy
wykrzyczałem te słowa. O dziwo wszyscy mnie posłuchali. Bez przeszkód
dotarliśmy do wzgórz. Tam, niewiele myśląc, przejąłem obowiązki dowódcy.
-Nie
możemy dać się wyciąć! Zejdziemy na nich ławą. Najpierw lekka piechota, potem
ciężkozbrojni. Za nimi strzelcy. Następnie wilczy jeźdźcy i bestie kodo.
Wszyscy parający się magią zostają na tyłach. A teraz ruchy, ruchy! – Wszyscy
ustawili się niezwykle szybko. Ja sam, jak ostatni idiota, poszedłem na
pierwszą linię tuż obok Dar’kana. Potem była szaleńcza szarża. Tuż przed
zderzeniem ryk z setek gardeł. Czerwona mgiełka furii przysłaniała widok.
Uderzenie. Lecąca głowa w hełmie. Świst strzał i włóczni. Krew. Sucha dolina
zmieniona w krwiste bagno. Głowy miażdżone przez orków. Szalona puszka biegnąca
prosto na mnie. Cios. Unik. Wbiłem topór w napierśnik napastnika i rozdarłem go
jakby był z materiału. Wbiłem mu rękę w pierś i wyrwałem serce. Biło jeszcze
przez chwilę. Później wpadłem znów w wir walki. Szczęk oręża i uderzenia w
zbroje nie były w stanie zagłuszyć jęków nieprzyjaciół. Bitwa już wtedy była
wygrana, ale nikt nie przestał walczyć. Zbyt wiele krwi przelano tego dnia.
Ludzie, krasnoludy, gnomy, nocne elfy i worgeni błagali o litość. Rzucali nam
broń pod nogi. Ale my, orkowie, gdy poczujemy krew w powietrzu nie możemy się
powstrzymać. Wszyscy brali przykład ze swojego przywódcy. Mordowaliśmy
bezlitośnie. Cały czas miałem przed oczyma to jeszcze bijące serce. Gdy zabiłem
ostatniego człowieka zarządziłem zebranie na wzgórzach. Tam zastała nas
niespodzianka. Garrosh Piekielny Krzyk stał na szczycie wzgórza i przyglądał
się nam z zadowoleniem.
-
Świetnie się spisaliście, wojownicy. – Powiedział. – Jestem z was dumny. A
szczególnie z ciebie Gro'mardzie. – Nie mogłem w to uwierzyć. Garrosh mówił do
mnie i jeszcze mnie chwalił. – Tylko powiedzcie mi jedno, co się stało z
Ordrakiem?
-
Wodzu, gdy został pozbawiony przytomności położyliśmy go tam. – Jakiś troll
znachor zaprowadził Garrosha we wskazane miejsce. Poszedłem z nimi. Nie wiem
dlaczego, ale jednak dobrze, że poszedłem.
-
Ordraku. – Garrosh zwrócił się do poszkodowanego, a ten prawie natychmiast się
ocknął.
-
Tak, wodzu?
-
Za niekompetencję w wykonywaniu rozkazów i nieudacznictwo zostajesz
zdegradowany. Będziesz teraz zwykłym gońcem. Twój oddział przejmuje Gro'mard. –
Znowu nie mogłem uwierzyć w słowa Garrosha. Ja miałbym mieć własny oddział? – Gro'mardzie jesteś teraz pełnoprawnym wodzem i możesz dokonywać wszelkich zmian w
swoim oddziale. Pamiętaj jednak, aby o wszystkich zmianach informować mnie,
gdyż jestem jedynym orkiem, który może cię nadzorować. Pamiętaj o tym i nie
spierdol tego.
-
Tak, wodzu. Będę o tym pamiętał. – Byłem wręcz wniebowzięty. A to jeszcze nie
był koniec niespodzianek. Garrosh miał jeszcze coś do oznajmienia Ordrakowi:
-
Byłbym zapomniał wraz ze stratą stopnia straciłeś też przydomek Zdobywcy.
Jeżeli chcesz go nosić musisz na niego ponownie zasłużyć.
Potem
poszedłem poszukać Dar’kana. Znalazłem go siedzącego przy ognisku.
-
I jak? Zadowolony z bitwy? – Spytałem.
-
Tak. Było fajnie. – Wydawał się przybity.
-
Stary, czy coś się stało?
-
No, bo zostałeś teraz dowódcą i masz własny oddział, więc chyba nie będę ci już
potrzebny. A poza tym to myślałem, że po walce będę czysty i będę mógł trochę
się rozerwać. A tu nic ani drgnie. Boję się, że zostanę impotentem do końca
życia.
-
Tak się składa, że przyszedłem tutaj żeby ci oznajmić, że zostałeś mianowany
moim zastępcą. A impotencją się nie przejmuj, przecież zawsze ci przechodzi.
- Ale kto mnie mianował twoim zastępcą?
-
Ja.
-
Ale członkowie twojego oddziału mogą się nie zgadzać z twoją decyzją.
-
Im powiemy, że rozkaz przyszedł od Garrosha i będzie dobrze.
-
Będziesz chyba najbardziej postrzelonym dowódcą w historii.
-
I dobrze. A teraz chodźmy coś zjeść.
skomentuj (0)