Coś na kształt wstępu
2011-10-30 22:48:17
- Nie. Robisz to źle. Ile razy trzeba ci powtarzać, że cios wyprowadza się ciałem, a nie rękoma.
- Wiem, mistrzu. Ale ten topór jest ciężki. – Syriusz był zrozpaczony. To był jego pierwszy miesiąc w Akademii, a już zbierał cęgi od belfrów. Nie lubili go. Dlaczego? Bo był nowy. Był nieudacznikiem, kotem. A w Akademii nikt nie lubił kotów.
- Nie jest ciężki. Jest na tyle lekki, że możesz wyprowadzać ciosy rękoma, ale na tyle ciężki, że nie możesz ciałem? To jest nonsens. Totalny absurd. – Mistrz Marek był zdenerwowany. Nie. Był wściekły. I to, oczywiście, na Syriusza.
- Marku, uspokój się. – To Mistrz Viktor pojawił się na placu ćwiczebnym.
- Jak mam być spokojny skoro ten dzieciak zachowuje się jak skończony kretyn!
- On nie jest dzieckiem, pamiętasz? Mając dziesięć lat podjął decyzję o dołączeniu do zespołu Akademii. Teraz jest tutaj, z nami, w tych murach. Jest równie dojrzały jak ty teraz, i równie niedojrzały jak ty, gdy przekroczyłeś bramę Akademii. Pamiętasz jeszcze, co powiedziałem ci tamtego dnia?
- Mistrzu, powiedziałeś mi, że będę wielkim wojownikiem, ale jeżeli nie poskromię swojej arogancji i pychy to one mnie zgubią. – Marek wyglądał jakby ktoś uderzył go w twarz.
- Tak. I udało ci się to. Ale teraz to znowu wraca. Widzę w twoich oczach, że nadszedł już czas.
- Ale, Mistrzu… Ten chłopiec, młodzieniec… On dopiero zaczął naukę. – Syriusz przysłuchiwał się im z ciekawością wymalowaną na twarzy. Co chcą z nim zrobić?
- Marku, on się nie podda. Dlatego ty musisz wyruszyć, a on zostanie moim podopiecznym. – Syriusz nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Ma być uczniem Wielkiego Mistrza Akademii. Nigdy nie zdarzyło się tak, żeby nowicjusz został wzięty pod skrzydła Wielkiego Mistrza.
- A teraz chodźcie. – Mistrz Viktor opuścił plac treningowy a za nim Mistrz Marek i Syriusz. Zaprowadził ich do podziemi. Było tam zimno i mokro. Okropne grzyby, wyrastające ze ścian, były jedynym źródłem światła. Syriusz czuł, że to miejsce nie jest przeznaczone dla śmiertelników.
- To tutaj. – Wielki Mistrz zatrzymał się przed jedynymi drzwiami, jakie były w korytarzu. – Syriuszu, byłeś tu kiedyś?
- Nie, Mistrzu. – odparł Syriusz, co było zgodne z prawdą.
- To dobrze. A teraz Marku powiedz, czy jesteś gotów?
- Tak, Mistrzu. Jestem gotów.
- A więc wejdźmy tam i zmieńmy los świata.
*
Byli tam zamknięci trzy dni i trzy noce. Gdy wyszli nie odezwali się do siebie ani razu. Zmienili się. Następnego ranka Mistrz Marek opuścił Akademię i już nigdy nie wrócił. Tego samego dnia Syriusz rozpoczął pobieranie nauk od Wielkiego Mistrza Akademii. Wkroczył wtedy na drogę sławy i niebezpieczeństw po to, aby pewnego dnia, gdy czas się dopełni, ocalić świat przed odejściem w otchłań zła.
*
Piętnaście lat. Jeżeli uważacie, że to długo, mylicie się. W Akademii to tylko półmetek szkolenia. Ale nie dla wszystkich. Nie dla Syriusza. Pod okiem Mistrza Viktora osiągnął szczyt swoich możliwości, a ten dzień miał pokazać jak wielkim wojownikiem się stał. Jako jedyny z uczniów Akademii w tak krótkim czasie dostąpił Ostatecznej Próby. Czekając na wyjście na arenę denerwował się tak, jak w dniu jego Przemiany. Był uzbrojony w swoje potężne topory, skórzane spodnie, pasy gladiatora i ćwiekowane rękawice. Nie wiedział, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. To mistrzowie wybierali przeciwnika. Jedno było pewne, to nie mógł być człowiek. To nigdy nie był człowiek.
Wrota się poruszyły. Nadszedł ten moment. Syriusz zaczerpnął powietrza i ruszył na spotkanie z potworem.
- Syriuszu! Oto nadszedł moment, w którym możesz się wykazać. – przemówił Mistrz Viktor – Czas rozpocząć Ostateczną Próbę. Wpuścić Wyzwanie!
Wrota po przeciwnej stronie areny rozwarły się nagle, a z nich wyskoczyła największa kikimora jaką świat widział. Syriusz zamarł. Wiedział, że kikimory atakują najbardziej ruchliwy obiekt, jaki zobaczą. Mimo to potwór rzucił się na niego. Nie miał wyjścia. Kikimora właśnie podpisała na siebie wyrok śmierci. Gdy była w odległości półtora metra, Syriusz zrobił unik w prawo jednocześnie atakując odnóże potwora. Kikimora była szybka. Zrobiła błyskawiczny unik i wyprowadziła kontratak prawą kończyną. Berserker przyjął uderzenie na lewy topór, prawym wyprowadzając cięcie od dołu. Mimo, że potwór zauważył cios, nie zdążył uskoczyć i został ranny. Jednak to nie był koniec walki. Ranna kikimora to wściekła kikimora. Potwór rzucił się na Syriusza przewracając go. Wojownik wykorzystał całą swoją siłę, żeby zrzucić bestię z siebie nim ta pozbawi go głowy. Odrzucony potwór błyskawicznie stanął na nogach i ponownie skoczył. Syriusz odturlał się, wstał i, gdy kikimora wylądowała w miejscu, w którym przed sekundą leżał, odciął toporem jej przednią kończynę. Pozbawiona jej, bestia nie była już niebezpieczna. Syriusz wiedział o tym. Doskoczył do niej i wbił topory w miejsce, gdzie znajdował się mózg potwora. Cios doszedł celu i kikimora znieruchomiała. Syriusz wyrwał topory z truchła i stanął twarzą do Mistrzów.
- Ciekawe.
- Niespotykane.
- Zjawiskowe.
- Ten chłopak jest niesamowity!
Mistrzowie byli pełni podziwu. Jedynie Mistrz Viktor zachowywał spokój, ale i na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Syriusz wiedział, że to dzięki niemu jego mentor uśmiechnął się po raz pierwszy odkąd się poznali. Był z siebie dumny.
- Dość tego. Nie przedłużajmy. – Mistrz Viktor, Wielki Mistrz Akademii, wciąż z uśmiechem na ustach powstał, aby dokończyć ceremonię. – Syriuszu! Dokonałeś czynu iście bohaterskiego. A na dodatek zakończyłeś swoją naukę w Akademii. Nie możemy nauczyć cię więcej. Myślę, że wszyscy są zgodni, co do tego, że twoim opiekunem jest wilk. Wilczy Duch będzie ci towarzyszył gdzie tylko pójdziesz. A teraz stajesz przed wyborem. Możesz zostać w Akademii i stać się jednym z Mistrzów, ale możesz też opuścić mury Akademii i ruszyć w wielki świat szukając swego przeznaczenia. Co wybierasz?
Syriusz nie musiał zastanawiać się długo.
- Mistrzu, mam prośbę. Chciałbym zostać w Akademii jeszcze rok, aby zgłębić wiedzę zawartą w księgach Biblioteki. Później odejdę.
- Niech tak będzie. – Mistrz Viktor wydawał się zadowolony z decyzji swego ucznia.
*
Przez rok Syriusz studiował księgi w Wielkiej Bibliotece. Nie odkrył żadnej tajemnicy dziejów, nie znalazł spełniającej się przepowiedni. Po prostu pogłębiał swoją wiedzę na temat krain, po których zamierzał podróżować.
Po roku Syriusz postanowił opuścić Akademię.
Nadszedł czas pożegnań.
- Przez szesnaście lat byłeś mi jak syn – powiedział Mistrz Viktor – Patrzę na ciebie i rozpiera mnie duma. Teraz odchodzisz. Przybyłeś tu, jako Syriusz, jak chcesz zapisać się w księdze Akademii?
- Chciałbym zapisać się, jako Syriusz. Jestem Syriuszem i cieszę się z tego, chcę, aby tak zostało.
- A więc niech tak będzie Syriuszu. Żegnaj.
- Żegnaj Mistrzu. Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy.
Tak oto, w dzień przesilenia letniego, Syriusz opuścił progi Akademii, przechodząc przez olbrzymie Wrota Bohaterów.
*
Znacie to? Drużyna marzeń – druid, nekromanta i kapłan. Zoofil, nekrofil i pedofil. Ta drużyna była inna, ale znacznie bardziej pokręcona. Każdy miał swoją historię, mniej lub bardziej mroczną czy obciachową. Nie mieli lidera, decyzje podejmowali wspólnie. To podobno głupota. Podobno.
Za założyciela, tego, który wpadł na pomysł założenia gildii uważa się Syriusza, jasnowłosego, barczystego berserkera po Akademii. Oficjalna wersja jest taka, że poznał Tytusa i Wilhelma podczas polowania na smoki. Wtedy połączył ich wspólny wróg, honor i oddanie sprawie. Jaka jest prawda? Otóż po dosyć wyczerpującej podróży Syriusz postanowił wstąpić do dosyć podle wyglądającej knajpy na kufel zimnego piwa. Po „kilku” kuflach przysiadło się do niego dwóch niesamowicie ubogich podróżników. Wypili razem morze piwa i polubili się. Tak po prostu. Od tamtej chwili byli nierozłączni.
Tytus był łucznikiem. Można nawet powiedzieć – łowcą. Był wysoki i smukły, miał hebanowe włosy i zielone oczy. On był odpowiedzialny za żarcie, gdy gildia była w terenie. Z tego, co mówił o sobie wynikało, że był nieślubnym dzieckiem którejś tam królowej jakiegoś tam królestwa, która puściła się z leśnikiem czy drwalem. Nieważne. Coś takiego. Mimo że był bękartem był porządnym facetem. Zwłaszcza jak nie strzelał do jabłka, które miałeś na głowie. Czasem zachowywał się jakby miał paranoję. Ale to rzadkość. Za to Wilhelm był nekromantą. Był podobny do Tytusa, tylko rysy twarzy miał bardziej pospolite, wiejskie, i miał jaśniejsze włosy, takie brązowe bardziej. To, że był nekromantą wcale nie oznaczało, że był nekrofilem. Tak naprawdę to nikt nie miał pewności. On sam twierdził, że nie tykał trupów swoim penisem. Lepiej w to uwierzyć. Wtedy lepiej się żyje. Żeby nie było, nikt nigdy na niczym nie nakrył Wilhelma. To chodzi o to, że ludzie łączą, a czasem mylą (mniej lub bardziej świadomie) nekromancję z nekrofilią. Wilhelm miał farta. Urodził się, jako syn farmera. Gdy miał jakieś sześć lat zgubił się w lesie, gdzie spotkał sędziwego mężczyznę, który, zamiast wprowadzić młodzieńca w arkana sztuk magicznych, ogłuszył go i zgwałcił (opowieść wyciągnięta po czterech balonach wina). Młody Wilhelm nie odnalazł potem drogi do domu. Trafił do Wieży Czarodziei, w której zaczął pobieranie nauk w zamian za sprzątanie i czyszczenie butów. Po wielu latach nauki opuścił Wieżę, jako wysokiej klasy nekromanta, odnalazł pewnego baaardzo sędziwego mężczyznę i zabił. A potem ożywił. I zabił. I ożywił. I zabił. I… tak z czterdzieści razy. Potem była długa, samotna tułaczka, przypadkowe spotkania i nagle stał się członkiem Łowców Smoków, bo tak brzmiała nazwa ich gildii.
I tak sobie chodziła ta trójka od miasta do miasta szukając sensownej roboty. Pewnego razu, gdy zawitali do miasteczka o nazwie chyba Gołopole czy Chołopole, a może Kołopole, nieważne, jakieśtampole, zadupie, jakich mało, gdzie psy dupami szczekają, natknęli się w tawernie „pod Knurzym Ogonem” na parkę obdartusów. Jeden duży, drugi mały. Ten duży i ciemnowłosy to był Nestor, syn świniopasa, który uciekł z domu i zaciągnął się do wojska. Szybko zdezerterował, ale został przyjęty do gildii, ponieważ nikt nie robił tak dobrego i mocnego bimbru jak on. A ten mały blondas? To Grozimżdan. Tak, dobrze widzisz. Grozimżdan. Jedyne, co o nim wiadomo, to to, że miał niesamowicie niebieskie oczy i uważał się za boga. Dlaczego został przyjęty do gildii? Jeżeli wziąłbyś dwa miecze, jeden dał Grozimżdanowi, a drugi zatrzymał i stanął naprzeciw niego to dowiedziałbyś się, dlaczego. Tak, więc wielka gildia Łowców Smoków (członków pięciu (tak, członków też pięć)) wyruszyła na spotkanie swojego przeznaczenia.
skomentuj (0)